ZSO

Idź do spisu treści

Menu główne

50-lecie Liceum

50 - lecie Liceum
50 - lecie Liceum
Cykl wywiadów



    
Z okazji 50-lecia istnienia Liceum Ogólnokształcącego im. Józefa Lompy w Kudowie-Zdroju,  chcąc ujrzeć naszą szkołę oczami profesorów, którzy uczyli pierwszych absolwentów, klasa I "a" o profilu humanistyczno-lingwistycznym, z inicjatywy Pani Profesor Małgorzaty Lewandowskiej-Buksak, przeprowadziła serię wywiadów z dawnymi nauczycielami.


Wywiad I



Kudowa-Zdrój, dnia 06.06.2010 r.


     Z Panią Profesor Danutą Handzlik, byłą nauczycielką języka polskiego i bibliotekarką,  rozmawiały: Anita Marcinowska, Paulina Kuźlik oraz Katarzyna Wilińska.

Uczniowie: Witamy Panią bardzo serdecznie, cieszymy się, że znalazła Pani czas na rozmowę z nami.

Danuta Handzlik:
Dzień dobry, mi również jest bardzo miło.

U:
Jak Pani wspomina czas spędzony w murach naszej szkoły?

D.H.:
 Robiłam to, co lubiłam, bardzo dobrze wspominam pracę w szkole. Pracowałam w różnych typach szkół, m.in. zaczynałam w szkole podstawowej, potem pracowałam kilka lat w liceum zaocznym i w liceum młodzieżowym. Także miałam kontakt z osobami starszymi od siebie. Pracowałam również w szkole specjalnej lecz ostatecznie wróciłam do liceum i pracowałam tam do emerytury.

U:
Czy preferowała Pani pracę z młodzieżą czy też z dorosłymi?

D.H.:
To zdecydowanie inna praca, trudno to porównać. Jeżeli chodzi o pracę w liceum wieczorowym, naprawdę dawała mi ona satysfakcję. Byli to ludzie dorośli, bardzo odpowiedzialni, solidarni, zaangażowani,  w końcu byli tu z własnej woli, z własnego wyboru.

U:
Czy według Pani, ówczesna młodzież bardzo różni się od dzisiejszej?

D.H.:
  Myślę, że tak. Uważam jednak, że są to zmiany pozytywne. Nawet dziś moi uczniowie zapraszają mnie wraz z innymi nauczycielami na różnego rodzaju spotkania.

U:
Utkwiły Pani w pamięci jakieś trudne momenty w związku z pracą w szkole?

D.H.:
 Oczywiście, w pracy z młodzieżą takie momenty są nieuniknione, lecz nie miałam żadnych większych problemów, kłopotów, które wpłynęłyby negatywnie na moje zdanie o młodzieży. W pamięci mam głównie miłe wspomnienia. Szczególnie zapamiętałam taki zwyczaj u uczniów. Kiedy wchodziłam do klasy młodzież wstawała i mówiła: "Witamy panią profesor od języka polskiego, naszego ojczystego..". Były to momenty przyjemne. Bywały również momenty zabawne, uczniowie robili różne niespodzianki, jak na przykład wagary mojej ukochanej klasy.

U:
Uczyła Pani kogoś z obecnej kadry nauczycielskiej?

D.H.:
Tak, uczyłam Panią Lewandowską-Buksak i bardzo miło to wspominam. Była bardzo bystrą, wszechstronną uczennicą. Nie pomyślałabym, że zostanie humanistką, gdyż zawsze była także świetnym "ścisłowcem". Mogła studiować wszystko. Był czas, gdy Pani Małgorzata była moim szefem, gdyż zajmowała stanowisko zastępcy dyrektora L.O., ja pracowałam wtedy w bibliotece. Pamiętam również Panią Agnieszkę Stwertetschkę. Z obecnego grona pedagogicznego znam również Panią profesor Magdalenę Piechocińską-Koczot, którą nazywam moją kochaną Madzią, ponieważ wiele lat pracowałam z jej mamą.

U:
Czy miała Pani swoich ulubieńców?

D.H.:
 Wydaje mi się, że specjalnie nikogo nie wyróżniałam, lecz naturalne jest, że najbardziej lubi się swoją klasę. To o nią się walczy, staje w jej obronie, ma się ze swoją klasą najlepszy kontakt. Część moich uczniów nie mieszka już w Kudowie. Wiele z nich wyjechało do innych miast oraz za granicę, niektórzy są nauczycielami, wykładowcami. Jeden z moich uczniów pracuje na Uniwersytecie w Brukseli, inny przebywa w Kanadzie.

U:
Czy podczas Pani pracy w szkole organizowane były imprezy, dyskoteki?

D.H.:
 Tak, oczywiście. Od kiedy pamiętam były dyskoteki. Organizowaliśmy różne wycieczki, zwiedzaliśmy okolice Kudowy. Tak jak dziś, organizowane były studniówki, połowinki. Młodzież zawsze świetnie się bawiła. Życzę wam, aby wasze wspomnienia z lat szkolnych były tymi najwspanialszymi.

U:
Dziękujemy Pani bardzo, cieszymy się że zechciała Pani się z nami spotkać i poświęcić nam swój cenny czas. Życzymy Pani wszystkiego dobrego, do widzenia.

D.H.:
 Było mi bardzo miło, do widzenia.




Wywiad II






     
    Dnia 21.06.2010 r. uczennice klasy I "a" - Karolina Koczot, Weronika Lesiczka  i Paulina Leśniak przeprowadziły rozmowę z Panią Profesor Krystyną Górecką, nauczycielką języka rosyjskiego.
     
    W progu przywitała nas bardzo miła kobieta. Z uśmiechem i życzliwością wprowadziła nas do małego pokoiku, gdzie zasiadłyśmy i zostałyśmy poczęstowane owocową herbatą. Szary kot, "skundlony pers", przygląda nam się bacznie, obserwuje i łasi się pomrukując. Pani Krystyna zajęła miejsce przy stoliku i zaczęła opowiadać.

PANI KRYSTYNA: Pracowałam w liceum od 1986 r. do 2002 r. , z tym, że przyjechałam do Kudowy w 1982 r. a było to tuż po stanie wojennym. Pierwszy rok to nawet pracowałam w szkole numer 2, jako kierownik świetlicy, bo byłam rusycystką i nie było dla mnie godzin. Później poszłam na ulicę Buczka, bo tam właściwie to otworzyli tę szkołę. Do liceum ściągnął mnie pan dyrektor Franciszek Śleziak. Pamiętam, że miałam lekcję pokazową, a pan dyrektor był zaproszony i strasznie mu się spodobało, więc wziął mnie do liceum. Przez te wszystkie lata bardzo miło mi się pracowało, było inaczej niż teraz, bo wiem,  że jak odchodziłam w 2002 r. , to faktycznie już było kiepsko, młodzież nie była zainteresowana językiem rosyjskim. Po tych wszystkich zmianach można było zawsze wybrać język. Był niemiecki, angielski no i rosyjski, ale on był zazwyczaj w tych klasach słabszych. Było inaczej, bo nauka w liceum trwała 4 lata, także inaczej się żyło. 18 lat przepracowałam w liceum... no,  nie wiem,  co by was jeszcze interesowało. Liceum było duże bo w tej chwili zdaje mi się,  że jest mniejsze, a ile jest klas teraz?

PAULINA:
Jak odeszły trzecie klasy to zostały tylko cztery.

P. KRYSTYNA:
To mało.. Kiedyś szkoła była w rozkwicie, jak był pan Śleziak, potem dyrektor Krysiak… To było dobre liceum. Pan Śleziak przygotowywał swojego zastępcę pana Krysiaka na stanowisko dyrektora. To tak,  jak mówię, rosyjski był w klasach słabszych to znaczy, że jak były trzy klasy  1a, b i c to ta 1a była najlepsza, tam gromadzili się uczniowie dobrani, lepsi. Jak ta klasa miała angielski i niemiecki to nie miała rosyjskiego, a tamte miały np. angielski rosyjski lub niemiecki i rosyjski. W latach 90-tych było mniej chętnych do nauki rosyjskiego. Nawet, jak tych klas było mniej to zazwyczaj rosyjski był tylko w jednej. Potem jak dyrektorem został pan Krysiak, to miał tendencję, aby ten rosyjski jednak był. Jest u was rosyjski?

PAULINA:
Nie, nie ma. Dlaczego wybrała pani język rosyjski?

P. KRYSTYNA:
Gdy poszłam do szkoły, a było to w latach powojennych, było bardzo dużo młodzieży, więc i klas musiało być dużo. Kończyłam liceum w Łodzi, bo pochodzę z tego miasta. Chodziłam do klasy "f" i w tej klasie była łacina i język rosyjski, a ja po prostu byłam humanistycznie uzdolniona, lubiłam języki. Uczyłam się łaciny i przez długi czas ją pamiętałam. Natomiast rosyjski jest językiem słowiańskim i zawsze odkąd pamiętam miałam dobrych nauczycieli rosyjskiego. Nie musiałam się specjalnie wysilać, wiedza sama wchodziła mi do głowy. Po zdaniu matury poszłam na filologię rosyjską i tak to się potoczyło.. Nie wyobrażam sobie,  żebym mogła iść na inny kierunek. Pamiętam, że przyjeżdżając tutaj, miałam skończone studia podyplomowe. Zrobiłam pierwszy stopień specjalizacji, natomiast drugi uzyskałam już w Kudowie, ale to i tak nie było praktycznie zauważone przez nikogo, To w ogóle nie miało sensu, bo gdzieś w latach 90-tych,  jak dobrze pamiętam, w roku 1996 lub 1997, nastąpiły zmiany. Jakiś tam mądry powymyślał, że trzeba wszystko zmienić łącznie ze stopniami, udoskonaleniami nauczycieli i się zaczęło... Byłam nauczycielem mianowanym z drugim stopniem specjalizacji, dostawałam dodatek, za który mogłam kupić trzy kostki masła. Nagle znów ktoś wymyślił coś innego i ja, z nauczyciela mianowanego stałam się nauczycielem kontraktowym. Okazało się, że ten kontraktowy ma najmniejszą stawkę. Stwierdziłam więc, że w życiu nauczyciela nie można nic osiągnąć. Jakbym w tej chwili mogła, to odwodziłabym wszystkich młodych ludzi od tego zawodu. Jednak sporo uczniów zdecydowało się na ten zawód.

KAROLINA:
Czy uczyła Pani któregoś z obecnie pracujących tu nauczycieli?

P.KRYSTYNA:
Uczyłam panią Agnieszkę Stwertetschkę, Małgosię Lewandowską- Buksak. Madzia Piechocińska - Koczot, też bardzo fajna dziewuszka, tak jak i Patrycja Kostusiak. Patrycja była w klasie z moim synem, no a mąż Patrycji, Remik, to był taki czas, że prawie u mnie mieszkał. Śmiałam się, bo jak np. ktoś zapomniał wypracowania to ja mówiłam tak: "daj Remikowi, on mi to przyniesie do domu" i był właśnie taki czas, że bardzo często u mnie przebywał.

KAROLINA:
Jak wspomina Pani pierwsze dni w szkole?

P.KRYSTYNA:
Wspominam bardzo miło. Zawsze miałam słaby głos, nie umiałam krzyczeć, dlatego uczniowie musieli słuchać, co do nich mówię. Wtedy klasy były liczne, więc trzeba było skupić tę uwagę na lekcji. Ja to lubiłam.

WERONIKA:
Czy miała pani swoją pracownię?

P.KRYSTYNA:
Tak, to była dzisiejsza pracownia języka angielskiego czyli sala numer 3. Najpierw była to pracownia języka rosyjskiego, później rosyjsko- angielska, a teraz już pracownia języka angielskiego.

WERONIKA:
Zawsze marzyła pani o pracy nauczyciela?

P.KRYSTYNA:
Tak! Lekcje najlepiej przeprowadzałam będąc w 5 klasie podstawowej. Wydawało mi się wtedy, że jakbym stanęła na środku tej klasy, to ja to bym dopiero poprowadziła te lekcje. To wtedy byłam najlepszym nauczycielem. Ale tak jak mówię nie potrafiłabym pracować w innym zawodzie. Zawsze 45 min było dokładnie. Najgorzej jest, jeśli nauczyciel prowadzi lekcje i nic z niej nie wynika. Później trzeba samemu w domu szukać. Pewnie wiecie, jak to jest…

PAULINA:
Czy utkwiło może Pani jakieś ważne wydarzenie podczas pracy w szkole?

P.KRYSTYNA: Nie pamiętam, który to był rok, ale wtedy odbywał się strajk i było to tuż przed maturą. Byłam jedną z osób, które się wyłamały, bo jakby był strajk to młodzież nie napisałaby matury, a czemu oni winni, nie otrzymaliby świadectwa dojrzałości i gdzie znaleźliby prace. Więc byłam jedną z osób, która się wyłamała i egzaminowała. Pamiętam też, że kiedyś obchodziło się rewolucje powstania październikowego, musiała być akademia. Ja pamiętam, że we wrześniu, jak zaczynałam rok szkolny to  już byłam zdenerwowana, że będę musiała coś tam udawać, przygotowywać na rocznicę rewolucji, o Leninie, jaki to on był dobry i jak ta rewolucja fajnie przebiegała.

UCZENNICE:
Dziękujemy za ciekawą rozmowę i życzymy dużo zdrowia!



Wywiad III







     Rozmowę przeprowadziły : Krystyna Żulińska i Justyna Drąg, uczennice klasy I "a".

     Sobotni majowy upalny poranek, Pan Profesor Edward Kleszczyński wita nas ciepłym uśmiechem i miłym "Dzień dobry!". Wchodzimy do domu, nauczyciel częstuje nas sokiem i pysznym ciastem. Jest niezwykle uprzejmym człowiekiem. "Ruch zastąpi każdy lek, ale żaden lek nie zastąpi ruchu'"- tak brzmi jego motto, na miarę prawdziwego profesora z wychowania fizycznego.

Krystyna Żulińska- Ile lat pracował Pan w Liceum Ogólnokształcącym im. Józefa Lompy?

Prof. Edward Kleszczyński- Pracę zacząłem w 1981 r., łącznie na pełnym etacie byłem 10 lat.

Justyna Drąg- Jak wspomina Pan ten czas?

E.K.- Bardzo sympatycznie. Miła atmosfera sprawiała, że czułem się jak w domu. Wiele kontaktów ze znajomymi z pracy jak i z uczniami utrzymuję aż do dziś.

K.Ż.- Co utkwiło Panu najbardziej w pamięci z czasu pracy?

E.K.- Chyba te niedokończone studniówki za czasu stanu wojennego, kiedy obowiązywała godzina policyjna. Nie miałem jak wracać do domu (mieszkałem w Dusznikach), więc z gronem pedagogicznym spotykaliśmy się u kogoś i bawiliśmy się do białego rana.

J.D. - A jak wyglądały same studniówki?

E.K.- Odbywały się one na ogół w "Melodii", były zawsze bardzo udane. Piękną tradycją z tamtego okresu był tzw. walc (lub tango) profesorskie, którego uczyliśmy się na lekcjach wychowania fizycznego. Polegało to na tym, że po części oficjalnej, a przed zabawą, uczennice prosiły do tańca panów profesorów, a uczniowie panie profesor. Mam nadzieję, że kiedyś powróci ta wspaniała tradycja.

K.Ż.- Czy lubił Pan pracę z młodzieżą?

E.K.- Tak, na ogół nauczyciele wychowania fizycznego mają lepszy kontakt z młodzieżą, więc nie sprawiało mi to żadnych problemów.

J.D.- Jak wyglądały lekcje wychowania fizycznego na Pana zajęciach?

E.K.- Obowiązkowo rozgrzewka, sporo gimnastyki,  ponieważ w szkole przeważały dziewczęta, ale również gier zespołowych, takich jak siatkówka.

K.Ż.- Czy ma Pan absolwentów, którzy osiągnęli jakiś duży sukces bądź sławę?

E.K.- Pewnego rodzaju sukcesem jest fakt, iż w tym czasie bardzo dużo młodych ludzi szło na Akademię Wychowania Fizycznego, niestety nieliczni powracali do szkół jako nauczyciele. Poza tym ogromnym sukcesem było wicemistrzostwo województwa kobiet  z naszej szkoły w piłce siatkowej. Przegrały jedynie ze Świdnicą, która była nie do prześcignięcia.

J.D.- Czy żałuje Pan czegoś z okresu pracy?

E.K.- Ubolewam bardzo nad tym, że sala gimnastyczna nie została powiększona. Wielokrotnie proponowałem przebudowę, niestety środki finansowe na to nie pozwalały. W moich obiekcjach długość sali powinna być jej szerokością i przeprowadzona byłaby wzdłuż szkoły.

K.Ż.- Czy Pańskim zdaniem młodzież współczesna oraz ta z początku pańskiej pracy dużo się zmieniła? Jakie zauważa Pan zmiany?

E.K.- Hm... Jest pewna różnica. Może odpowiem w kategoriach wychowania fizycznego. Niestety, jest coraz więcej osób, które ,,kombinują",  aby nie ćwiczyć na zajęciach. Nie wynika to bynajmniej z tego, że są mniej sprawne. Teraz jest do dyspozycji  również basen, na te zajęcia chodzi jeszcze mniej osób, co jest naprawdę przykre. Pod tymi względami jest gorzej, ale poza tym nie widzę znacznej różnicy.

J.D.- Dziękujemy za rozmowę.

E.K.- Również bardzo dziękuję, cieszę się, że mogę się podzielić swoimi wspomnieniami z uczniami.



Wywiad IV



Rozmowa przy herbatce




      Pewnie zainteresują Was - zaczęła p. Jadwiga Pokrzywa - początki mojej pracy w szkole. Przyjechałam do Kudowy prawie 52 lata temu wyjeżdżając z bólem  serca z Wrocławia. Nie wyobrażałam sobie, że ja dziewczyna urodzona  i wychowana w dużych miastach, mogłabym żyć w tak małej miejscowości. Nie przeczuwałam wówczas, że w coraz piękniejszej i rozwijającej się Kudowie znajdę swoje miejsce na ziemi.

     Ale wróćmy do mojej pracy. W Kudowie istniały wtedy Szkoły Podstawowe przy ul. Buczka i 1-Maja oraz szkoły w Czermnej, Słonem i także tzw.  "Szkoła Niemiecka" dla Autochtonów przy ul. Hanki Sawickiej obecnie Kościelnej. Rozpoczęłam pracę w szkole przy ul. Buczka, której kierownikiem był wówczas p. Józef Dorczak. Zostałam od razu wychowawczynią kl. VII- czyli klasy ostatniej, w której kilkakrotnie zmieniano wychowawców. Z klasą znalazłam bardzo szybko wspólny język.

W owym czasie istniała w Kudowie prężna grupa ludzi, która pomagała szkołom, a część z nich tworzyło koło Przyjaciół Harcerstwa.

Kiedy ówczesny rząd rzucił hasło: "Tysiąc szkół na tysiąclecie Państwa Polskiego" grupa rodziców, panowie Stanisław Drozd, Zygmunt Ziętek , pp. Polakowski, Siek i nauczyciel z Czermnej p. Plata postanowili postarać się o wybudowanie takiej szkoły w Kudowie. Z początkowych planów odgórnych miała to być 7-klasowa szkoła podstawowa. Jednak na skutek intensywnego działania w/w grupy Kuratorium i inne władze wyraziły zgodę na powstanie w  tym  budynku liceum. Na pierwszego dyrektora powołano p. Stefana Pokrzywę. Ponieważ nie było jeszcze wtedy nauczycieli zatrudnionych w liceum, egzamin wstępny przeprowadzili nauczyciele kłodzkiego LO z p. dyrektorem Janką na czele.

Mimo stosunkowo słabego przygotowania uczniów przyjęto za zgodą p. St. Pokrzywy 50 uczniów. Chodziło przecież o to, by liceum powstało i mogło się rozwijać. Szkołę nazwano 11-latką z tym, że kl. 1-7 stanowiły Szkołę Podstawową, a kl. 8-11 LO. Nowo przyjęta młodzież i pozostali uczniowie rozpoczęli rok szkolny 1960/1961 w szkole na ul. H. Sawickiej (obecnie Kościelnej- 3 izby lekcyjne z piecami kaflowymi) i w szkole na ul. Buczka, gdyż nowy budynek był jeszcze w budowie.

Pracowaliśmy na trzy zmiany od godz. 8.00 do 20.00 a czasem nawet dłużej z powodu ciasnoty lokalowej. W międzyczasie o różnych porach dnia i nocy napływało wyposażenie do nowej szkoły, które lokowano w stodołach miejscowych rolników.  Sprzęt przeniesiono dopiero w listopadzie na uroczyste otwarcie nowej szkoły. Uroczystość była bardzo podniosła, gdyż była to pierwsza tysiącletka w powiecie kłodzkim. Rząd reprezentował p. Zenon Nowak. Naukę w nowym budynku rozpoczęto jednak dopiero po feriach świątecznych w styczniu 1961r.

Nie powiedziałam jeszcze, że zostałam wychowawczynią pierwszej klasy licealnej, do której uczęszczała duża grupa moich wychowanków ze Szkoły Podstawowej. Uczniowie byli przesympatyczni. Często zostawałam po lekcjach, by z nimi porozmawiać na różne życiowe tematy. Dziewczęta chodziły ze mną do krawcowej oceniając wygląd nowego stroju, a czasem i do fryzjera. Organizowałam z nimi wyjazdy do Opery Wrocławskiej, aby im przybliżyć  choć   w części  życie kulturalne dużego miasta.

W szkole uczyłam biologii i języka  niemieckiego. Ponieważ  istniała tylko pierwsza klasa licealna, były problemy z naborem nauczycieli z wyższym wykształceniem magisterskim. Ale grono pedagogiczne było bardzo ambitne i podnosiło swoje kwalifikacje zawodowe i   tym samym w ciągu czterech lat przygotowało   młodzież na studia wyższe.

Liceum rozrastało się. W następnym roku szkolnym były już dwie klasy LO, a później przyjmowano po dwie klasy równoległe.

W styczniu 1964 roku odbyła się pierwsza studniówka w Domu Kultury (Tu pani Pokrzywa pokazuje nam zdjęcia ze studniówki i ostatniego dnia nauki szkolnej w kwietniu). Do ostatniej klasy doszło 25 uczniów. LO nie miało dotąd wypracowanej żadnej tradycji szkolnej i należało cos wymyślić . Wpadłam na pomysł uroczystości "Ostatniego dzwonka'. Izba lekcyjna tej  kończącej szkołę     młodzieży  znajdowała się na pierwszym   piętrze na końcu korytarza. Postanowiłam, że cała młodzież szkolna utworzy szpaler od tej izby lekcyjnej do świetlicy (późniejszej sali geograficznej)  na parterze. Woźny szkoły pan Józef Witkowski trzymał w ręce dzwonek przewiązany wstążką i zadzwonił przed drzwiami tej klasy. Miałam z moimi wychowankami ostatnią lekcję wychowawczą. Byłam mocno zdenerwowana bo na korytarzu panowała grobowa cisza. A tu nagle zabrzmiał dzwonek. Moi uczniowie ze łzami w oczach wyszli na korytarz, gdzie powitano ich gromkimi brawami. Trudno wyobrazić sobie w dzisiejszych czasach tę idealna ciszę. Nikt  nie szeptał, nikt nic nie mówił. A przecież stali tam uczniowie od klas  najmłodszych  do najstarszych.

W świetlicy odbyło się uroczyste pożegnanie licealistów. Byłam  ogromnie wzruszona, gdyż każdy z nich przyniósł mi dużą czerwona różę.

W tej samej sali pisano pierwszy w kudowskim  LO egzamin dojrzałości w obecności władz szkolnych. Po egzaminach maturalnych odbyło się  w parku w pijalni uroczyste zakończenie roku szkolnego dla absolwentów ,  którzy  siedzieli na scenie . Dyrektor  wręczał im świadectwa maturalne, a ja po kwiatku. Wszyscy wpisali się do księgi pamiątkowej (zdjęcia).

I tu należy powiedzieć, że ci absolwenci , którzy chcieli studiować, pierwsi absolwenci kudowskiego LO, dostali się na studia bez problemu.

Opowiem wam ciekawostkę o najlepszej uczennicy tej klasy, która bardzo chciała studiować chemię. Zdała egzamin wstępny na politechnikę i zaczęła studia. Zdrowie jej jednak nie pozwoliło na duża ilość zajęć laboratoryjnych (opary). Po zdanym pierwszym semestrze poszła do rektora Uniwersytetu i prosiła o możliwość studiowania polonistyki od drugiego semestru. Rektor wyraził zgodę i po zdanym egzaminie studiowała polonistykę, którą chlubnie ukończyła. Wyobraźcie sobie jak musiała być przygotowana - dwa skrajne kierunki. Wiedzę swoją  zawdzięczała szkole i swojej pracy. Jej rodzice nie byli w stanie jej pomóc  byli biedni i nie mieli nawet ukończonej szkoły podstawowej.

Zresztą i w późniejszych latach kończyła młodzież kudowskiego LO bez kłopotów różne atrakcyjne kierunki studiów. Zostali lekarzami i prawnikami, profesorami wyższych uczelni, pracownikami ministerstw. Utworzenie liceum stało się ogromną szansą dla młodych ludzi z Kudowy a potem też z Dusznik, ze Szczytnej, a nawet z  Polanicy.

Kudowskie LO miało rangę dobrego liceum o czym wiedzieli nawet niektórzy wykładowcy wyższych uczelni. Sam fakt istnienia w Kudowie  LO podnosi też rangę tego miasta. Młodzież mogła uczyć się na miejscu co rozwiązywało wiele problemów w rodzinach.

Liceum mieściło się stosunkowo małym budynku .Sale lekcyjne stopniowo przystosowywano do uczenia konkretnych przedmiotów. Szkoła była pięknie ukwiecona, ponieważ mój mąż miał cudowną rękę do kwiatów i sam je pielęgnował. Nieraz żartobliwie mówiłam, że gdyby posadził laskę też by tam zakwitła( śmiech).Ciasnota lokalowa dała się wszystkim we znaki, ale na szczęście  wybudowano nową szkołę i wtedy rozdzielono definitywnie Szkołę Podstawową od LO. Chciałabym wam jeszcze wspomnieć, że w szkole odbywały się różne ciekawe zajęcia. Oprócz kółek zainteresowań uczono gry na instrumentach, śpiewu, a ponieważ do świetlicy przylegała nowa kuchnia uczyłam uczniów mojej klasy gotowanie pysznych potraw a chłopców prasowania męskich koszul. Wspomniałam wcześniej o ówczesnym woźnym p. Józefie Witkowskim. Był świetnym woźnym, wspaniałym człowiekiem, który znał każdy zakamarek szkoły, większość uczniów po imieniu. Widział kto swoje śniadanie próbował wrzucić do kosza i kto próbował zapalić papierosa. Po latach dowiedziałam się o tym . Pan Woźny nie doniósł na niego, ale uczeń musiał mu sumiennie obiecać, że więcej tego nie zrobi . Młodzież go szanowała i lubiła. Zawsze dostawał od niej kwiaty z okazji imienin.

Myślę, że młodzież w tamtych czasach była bardziej zdyscyplinowana i miała więcej szacunku dla nauczycieli i pracowników szkoły. Nikt nie protestował, żeby chodzić w mundurkach. Dziewczęta nosiły w książkach  swieżo wyprasowane kołnierzyki, które  dopiero w szkole zakładały : piękne, białe, wykrochmalone.
Pamiętam, kiedy dyrektor szkoły szedł w czasie przerwy przez korytarz robiło się cicho i młodzież rozsuwała się. Chociaż nigdy na ucznia nie podniósł głosu, w klasie panowała cisza jak makiem zasiał.
W roku 1966 na prośbę i naleganie kuratorium mąż objął stanowisko dyrektora Pomaturalnej szkoły Hotelarskiej i Technikum Hotelarskiego w Dusznikach. Po ogromnych rozterkach opuściłam też kudowskie LO aby w/w szkołach uczyć języka niemieckiego, który tam był przedmiotem zawodowym. Jednak po kilku latach wróciłam do Kudowy.

- Czy wydarzyło się coś niezwykłego podczas pani pracy?

Zastanawia się chwilę. Potem odpowiada. Ja wiem… W zasadzie to rok szkoły leciał tak jeden za drugim. Nieraz człowiek się zdenerwował w szkole i przynosił emocję do  domu, różnie bywało. Muszę powiedzieć, że mimo złych nastrojów i gorszych dni pracowałam chętnie w szkole. Miałam propozycje odejścia ze szkoły na zupełnie inne stanowisko kierownicze, lepiej płatne, ale mój mąż powiedział : Coś Ty! Co byś robiła poza szkołą? Najlepiej czujesz się  ….W szkole   I miał rację. Lubiłam młodzież i starałam się ją zrozumieć. Nigdy nie musiałam wyciągać jakiś poważnych konsekwencji, gdy uczeń mi dokuczył. Zawsze rozgraniczam sprawy zachowania i nauki. Na pewno popełniałam też błędy, ale w końcu jest się tylko człowiekiem i nie da rady uniknąć pomyłek i potknięć. Raz ma się dni lepsze, raz gorsze.

Miałam takiego ucznia z Dusznik, który jest obecnie ortopedą w Opolu. Był bardzo inteligentny, mądry i wszystko go interesowało. Lubił zadawać nauczycielom najrozmaitsze pytania, co ich często denerwowało. Ja mu mówiłam: "Słuchaj, umówmy się tak, ja poprowadzę lekcję i jak zostanie mi trochę czasu. to wtedy odpowiem na twoje pytanie". Jeśli miałam jakieś wątpliwości (człowiek nie jest przecież omnibusem , nie pamięta wszystkiego) to wtedy mu obiecałam, że poczytam w domu coś na ten temat i na następnej lekcji mu odpowiem. Nigdy nie było uśmieszków czy drwin. Należy się wtedy szczerze przyznawać, a nie udawać, że się wszystko wie. To jest najgorsze. Uczeń zaraz wyczuje, że nauczyciel kręci. Wspominam też chętnie niektóre wesołe lekcje. Kiedyś na lekcji j. niemieckiego omawialiśmy temat: "W restauracji". Uczniowie zapytali mnie jaka jest moja ulubiona potrawa. Odpowiedziałam bez namysłu że barszcz z uszkami. W następnym dniu miałam w tej klasie 2 pierwsze lekcje na których miały się odbyć rozmówki "W restauracji". Wchodzę do klasy, a tu stoliki pięknie nakryte, kelnerzy z kartami dań. Zamówiłam m.in. barszcz z uszkami i wyobraźcie sobie, że to danie wylądowało na moim stoliku. Uczennice w poprzednim dniu gotowały różne smakołyki i lepiły uszka. Czasami uczniowie wykorzystują różne okazje takie jak Dzień Nauczyciela czy imieniny.

I tu sobie przypominam, że musiałam usiąść w ławce, zachowywać się przyzwoicie, gdy tymczasem uczennica w roli nauczyciela poprowadziła normalną lekcję stawiając też oceny i upominając mnie, gdy rozmawiałam. W innej klasie IV- ostatniej, którą uczyłam miałam 2 kolejne lekcje w dniu swoich imienin. Klasa była mądra więc wymyśliłam, że uczniowie dobiorą się parami i przy mojej pomocy oraz słowników napiszą wymyśloną przez siebie bajkę. Dziewczyny żałuję do dziś, że sobie tych tekstów nie zostawiłam. Bajki były niesamowite, a śmiechu przy tym co nie miara, np. ,,A bo Małgosia to była taka prawdziwa bizneswoman…"
Pamiętam też doskonale jeden dzień Prima Aprilis (zdarzyło się to w klasie, w której miałam ostatnie w pracy nauczycielskiej wychowawstwo). Miałam wtedy lekcję wychowawczą. Czułam, że coś się będzie działo (młodzież była bardzo inteligentna i mądra), ale nie wiedziałam co. Idę do sali lekcyjnej, a na drzwiach wisi szyld: Sala rozpraw. Dziś na wokandzie: Klasa przeciwko oskarżonej J. Pokrzywa (śmiech).

Więc wchodzę, a tam sędzia, ława oskarżonych i adwokat w gumowcach i w berecie drzemiąc na krześle. Sędzia zaczyna stawiać mi zarzuty, a ja: "Proszę o wybaczenie, Wysoki Sądzie". Wymierzono mi oczywiście jakąś karę. Ja się z nimi świetnie bawiłam. Miałam z uczniami dobry kontakt.

Gdy 15 października był mój jubileusz 30 lat pracy pedagogicznej i imieniny, dostałam nagle ataku serca i nie mogłam pójść do szkoły. Leżałam w łóżku , a tu raptem na korytarzu rozległo się śpiewanie : "Sto lat , sto lat !'' Klasa zjawiła się w komplecie przynosząc 2 torty ze świeczkami, a także jeden bukiet róż z okazji imienin i Dnia Nauczyciela oraz 30 pięknych róż z okazji jubileuszu.

Zdarzały się tez inne sytuacje. Otóż uczniowie klasy IV stwierdzili, że nie będą tańczyć na studniówce poloneza, jeśli my tzn. wychowawca klasy równoległej i ja nie zatańczymy w pierwszej parze. Cóż było robić. Zatańczyliśmy, ale tylko część.

Prowadziłam w szkole nieodpłatnie krótko języka niemieckiego. Z jednej bardzo zdolnej klasy przychodzili uczniowie zainteresowani rozszerzeniem wiadomości, z drugiej równoległej klasy trochę słabszej przychodził komplet przed klasówką. Traktowali to jako korepetycje , jako pomoc w nauce. Robiłam bardzo często testy, które później okazały się pomocne w czasie zdawania egzaminów na wyższe studia. Było to duże wyczerpujące, gdyż nie istniały wtedy kserokopiarki i cały test musiałam napisać na tablicy. Uczniowie musieli go przepisać. Wcześniej trzeba było te testy ułożyć, gdyż nie istniały żadne "gotowce''. Po 37 latach pracy powiedziałam do p. dyrektora Z. Krysiaka : "Gdy Twój syn Piotr skończy szkołę, odejdę ze szkoły na zasłużony odpoczynek." Dyrektor myślał, że żartuję. Piotrek skończył szkołę, a ja odeszłam. Po roku mimo prośby do szkoły nie wróciłam. Byłam zmęczona po tylu latach pracy. Chciałam żyć inaczej. Moje dzieci założyły już swoje rodziny, doczekałam się wnuków.

-Czy pani pamięta jakieś szczególne, przykre przeżycie związane ze szkołą?

Po chwili namysłu: tak. Teraz mi się przypomniało. Działo się to w okresie matury. Nauczyciele "solidarności" postanowili strajkować. Postarajcie sobie wyobrazić: ma być matura, do której uczniowie przygotowywali się przez 4 lata, tu strajk nauczycieli. Powiedziano nam wtedy : "Jeśli nauczyciele nie będą pracowali to przyjdzie komisja z zewnątrz i przeprowadzi egzamin". Sytuacja, w jakiej znaleźli się uczniowie i nauczyciele była bardzo ciężka. Z jednej strony nauczyciele mieli rację. Szkolnictwo było niedoinwestowane, płace niskie. Z drugiej strony żal było uczniów, którzy zamiast się przygotowywać zbierali się, dyskutowali i denerwowali. Nie mogłam spać po nocach, ciągle rozmyślając i starając się znaleźć rozsądne wyście z sytuacji. Znalazłam na się na rozdrożu. Rozproszeni uczniowie błagali, bym egzaminowała. I wtedy pomyślałam : " Wyobraź sobie, że w klasie maturalnej jest jedno z twoich dzieci. I co byś zrobiła? Czy chciałabyś, żeby zdawali przy obcej komisji, czy żeby zdawali przy nauczycielach uczących w tej szkole ?" I doszłam do wniosku, że wybrałabym to drugie . Poza mną pracowało jeszcze kilkoro nauczycieli z p. dyrektorem Z. Krysiakiem plus obca komisja. To było bardzo stresujące i nieprzyjemne przeżycie, ponieważ racje miały obydwie strony : nauczyciele i uczniowie. Dlatego moim zdaniem uważam ten epizod za najbardziej przykre wydarzenie w mojej pracy. Uczniowie byli bardzo wdzięczni, co osłodziło nieco gorycz tej sprawy.

Drugim przeżyciem był problem studniówki w stanie wojennym. Obowiązywała godzina policyjna, a w sklepach półki świeciły pustkami. Żartowaliśmy, czy nie zrezygnować ze studniówki. Musieliśmy mieć zezwolenie od władz. Ale w tym dniu rodzice stanęli na wysokości zadania. Studniówka jest tylko raz w życiu i odbędzie się. Sytuacja była nerwowa. Dostaliśmy zezwolenie .Studniówka odbyła się w klubie "Melodia". Wszystko odbyło się zgodnie z tradycją, a wiec były ciemne spódnice i białe bluzki, ciemne garnitury i białe koszule, a młodzież zatańczyła poloneza. Dzięki wysiłkowi rodziców na stołach znalazły się smakowite potrawy. Młodzież bawiła się znakomicie, tylko za krótko.

-Chyba mamy odpowiedzi na wszystkie pytania - powiedziała Honorata
-Intuicyjnie nam pani o wszystkim opowiedziała - dorzuciła Agnieszka

-Muszę Wam powiedzieć, że jestem najstarszym żyjącym pedagogiem z tej kadry roku 1960. 1 września 2010 roku minie równo 50 lat od powstania LO. Teraz w Liceum uczą pedagodzy, którzy kiedyś, przed laty byli moimi uczniami, np. Pani Piechocińka-Koczot,  Pani Agnieszka Stwertetschka , Pani Lewandowska-Buksak - wszystkie panie były w tej samej klasie. Uczyłam też Panią Sylwię Gregorius i Pana Damian Baczmańskiego - nauczycieli WF. Praca w szkole sprawiała, że czułam się młodsza. Mam poczucie humoru więc potrafiłam śmiać się razem z uczniami nie obrażałam się o byle co. Byłam nauczycielką wymagającą i angażowałam się w życie szkolne. Uczniowie doceniali to, jeśli nie zaraz to po latach.  Mam tego liczne dowody. Mój czas powoli dobiega końca, ale przed Wami jeszcze całe życie. Cieszę się, że mnie odwiedziłyście i, że zaciekawiło Was to, co kiedyś w szkole się działo.

W Kudowie takie piękne rzeczy się robiło…



Wywiad V



Wywiad z Panem Zdzisławem Bienkiem, wieloletnim nauczycielem historii, przeprowadzony przez Agnieszkę Sip i Honoratę Wołowińską


"JAK DBASZ, TO MASZ"


    Rozpocząłem pracę w Liceum w 1973 roku. Byłem jednym z młodszych nauczycieli, którzy przyjechali i chcieli coś w życiu dla siebie i dla miasta robić i większości się to udało. Liceum było jednym z najlepszych w województwie wrocławskim (tak dawniej nazywało się nasze województwo). Nasza szkoła zaliczała się do jednej z najlepszych w regionie. Wielką wartością szkoły była szansa dostania się na dobre studia. Teraz jest mnóstwo uczelni: prywatnych, państwowych i półprywatnych. Były klasy, które niemal w stu procentach pozdawały matury. Oczywiście zdarzały się przypadki, że komuś się nie udało.  Pamiętam naszych dyrektorów i o każdym mogę powiedzieć, że dobrze wypełniał swoje obowiązki i mądrze kierował placówką: pan Franciszek  Śleziak, pan Zbigniew Krysiak, pani Renata Brodziak. Ja nie wchodzę w szczegóły, jak tam teraz jest.
     Dziewczyny, ja Wam mogę powiedzieć tak: my, nauczyciele, stanowiliśmy jedną rodziną. Spotykaliśmy się koleżeńsko, w różnych sytuacjach: wychodziliśmy na wspólne obiady (na przykład do lokalu "Piekiełko"). Nie wyobrażaliśmy sobie, żeby nasze pociechy chodziły do innego liceum niż to w Kudowie. To było jak automat, że każde dziecko, kończąc podstawówkę, szło do szkoły średniej i nikt nie szukał innej. Zdarzały się przypadki, że niektórzy wyjeżdżali do renomowanych liceów. Traktowaliśmy naszą młodzież jak partnerów.
Moją pasją są podróże, dlatego moi wychowankowie musieli w ciągu czterech lat zaliczyć wycieczki, w pierwszej kolejności po Ziemi Kłodzkiej. W maju, podczas gdy trzecie klasy pisały matury, dla młodszych licealistów zaczął się czas pieszych wędrówek, np. z Kudowy do Dusznik. Nie ma wśród moich podopiecznych osoby, która nie byłaby w Karkonoszach lub w Gdyni, do której jeździliśmy zazwyczaj na dwa tygodnie. Utrzymywaliśmy z uczniami z gdyńskiego liceum partnerskie stosunki i towarzyskie relacje. Oni przyjeżdżali do nas, a my w ramach rewanżu odwiedzaliśmy ich w miesiącach wakacyjnych. Utrzymywaliśmy bardzo serdeczne kontakty.
        Nie było takiej sytuacji, że pani śp. Irena Kulpa, nie zorganizowała raz w miesiącu wyjazdu do teatru. W tamtych czasach trochę inaczej patrzyło się na sprawę kina, ale mimo to jeździliśmy do niego. Później, jak się otworzyła Europa, wraz z moją młodzieżą podróżowałem za granicę. Byliśmy: trzykrotnie w Wiedniu, raz w Paryżu, raz w Rzymie, raz w Belgii, Holandii i Luksemburgu. Jeździliśmy po całej Europie. Zawsze we wrześniu się spotykaliśmy i ja im mówiłem: "Proszę państwa, jedziemy do Rzymu" i moi uczniowie przez ten cały czas gromadzili pieniądze. A później, gdy już wszystko było gotowe, wyjeżdżaliśmy do Włoch. To była dla nich nagroda za dobre sprawowanie.
        Ja nigdy nie miałem problemów z młodzieżą. Za moich czasów nie było sytuacji, żeby np. w toalecie śmierdziało papierosami. Nie mówię, że wszyscy byli święci, ale ja nigdy nie przyłapałem ucznia na paleniu. Mieliśmy w szkole panią woźną: ona była dla wszystkich jak matka i wszystko wiedziała. Rozmawiała z uczniami, miała dobry kontakt i czasami szła na rękę.
     Do liceum przyjeżdżały od Kłodzka po Duszniki autobusy z przyczepami pełnymi uczniów. Pamiętam, że był jeszcze postój obok szkoły. To była partnerska i przyjazna ludziom szkoła. Moje motto i hasło brzmiało: "Jak dbasz, to masz"
. Zawsze uważałem, że trzeba utrzymywać kontakt z ludźmi. Mój plan dnia był napięty. Do południa pracowałem w szkole, a popołudniami jeździłem na wycieczki. Liceum bardzo prężnie się rozwijało. Nie wyobrażałem sobie, żeby, będąc w Liceum, nie znać najważniejszych miast kraju. My nie jeździliśmy, żeby wypoczywać. Byliśmy na audiencji u papieża Jana Pawła II. To była wycieczka do Włoch, a nie relaks. Miejsce było przez nas zwiedzane, nie traciliśmy czasu na samą rekreację.
Tamte czasy były zupełnie inne. Jak pojawiały się jakieś kłopoty, to uczniowie nie pozostawali odosobnieni: problemy rozwiązywaliśmy wszyscy razem: nauczyciele, rodzice i młodzież. Kiedy nadchodził czas studniówek, to rodzice wspólnie gotowali potrawy, ponieważ nie było możliwości kupienia dań ze sklepu. To były piękne chwile zabawy  w wymarzonych miejscach. Nie było takiej możliwości, żeby studniówka się nie odbyła. W całej Kudowie mówiło się o nadchodzącym balu dla maturzystów. Wtedy studniówki były do dwunastej w nocy.
      13 maja 1982 roku w naszej szkole był strajk III klasy. Stan wojenny spowodował bunty i wystąpienia młodzieży. Przez tydzień wspólnie broniliśmy uczniów. Nie zdarzyło się, żeby jeden z nas się wyłamał. Bo myśmy stanowili jedną całość. Wiadomość o tym rozeszła się aż poza granice naszego państwa. Nawet radio "Wolna Europa" nadawało informacje o tym incydencie. W następstwie strajku zwoływano liczne Rady Pedagogiczne i spotkania z władzami kuratorium w sprawie rozwiązania klasy i ukarania nauczycieli. Ponieważ wszyscy stanęliśmy w obronie młodzieży (a nawet spora część mieszkańców Kudowy) nie doszło do sytuacji sugerowanej przez władze kuratorium i nikomu nic się nie stało.
Nasze społeczeństwo licealne było ze sobą bardzo zżyte i zintegrowane.

  W związku z powyższym wywiadem przeprowadzonym z panem profesorem Zdzisławem Bieńkiem przepraszamy wszystkich, którzy poczuli się urażeni zamieszczonymi w nim treściami. Informujemy, iż pragnąc zachować autentyczność wypowiedzi a jednocześnie jej  obiektywizm, jako przeprowadzający wywiady i opiekun przedsięwzięcia, dokonaliśmy uzupełnienia powyższych treści aby wyrazić nimi szacunek i pamięć dla osób ważnych w 50-letniej tradycji Liceum.



 
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego